Buon appetito!

W ramach działalności w Klubie Polek na Obczyźnie postanowiłam przyłączyć się do projektu „Dziwne/ciekawe zwyczaje kulinarne w naszych krajach”. Zrobiłam to właściwie z przekory, ponieważ kuchnia nigdy nie była moją pasją, a gotowanie nie jest moją mocną stroną. Ale, chyba wszyscy wiedzą, że we Włoszech jedzenie jest sprawą zdecydowanie priorytetową, więc mieszkając tu, chcąc nie chcąc, musiałam nauczyć się jeść i gotować po włosku i co nie bez znaczenia, choćby czasami myśleć o kuchni po włosku! Jak to się stało opowiem w kilku punktach:

1). Jak mój przyszły mąż uratował mnie przed śmiercią głodową zabierając mnie z Krakowa do Porto;

2). Czy można przeżyć nie jedząc dwóch obiadów dziennie?

3). Co skrzętnie ukrywam przed moim mężem?

4). Kilka tajemnic włoskich gospodyń: oliwa, wino i parmezan.

5). Wyższy stopień abstrakcji – ryba.

Ad 1). Mijał spokojnie już trzeci rok mojego studiowania w Krakowie, gdy moje życie przewrócił do góry nogami Luigi. Powiem tylko, że od naszego spotkania do ślubu i wyjazdu na stałe do Włoch upłynęło niecałe 8 miesięcy. Tak jak pisałam, żyłam sobie spokojnie w Krakowie, odżywiałam się kanapkami z serem żółtym i ketchupem, a szczytem wyrafinowania w mojej kuchni było jajko na twardo. Gdy Luigi zadomowił się u mnie na dobre i przyjrzał się tajnikom mojej kuchni (ah, zapomniałam napisać o zupie pieczarkowej z torebki) zaniepokoił się na poważnie. Początkowo „z taką pewną nieśmiałością” zabrał się sam za gotowanie, potem spróbował wciągnąć i mnie… teraz jedną z jego ulubionych opowieści jest „jak uratował mnie przed śmiercią głodową w Krakowie”, dorównuje jej tylko opowieść „o tym, jak pierwszy raz uraczyłam go wielkim kubkiem kawy rozpuszczalnej”. Nie bez powodu następnym razem przyjechał już z własnym ekspresem .

Risultati immagini per la caffettiera

Ad 2). Jak napisałam, w pewnym momencie moje życie zmieniło się w zawrotnym tempie i z polskiej studentki miałam zmienić się we włoska żonę i przynajmniej na początku kurę domowa. Muszę sprecyzować, że sprawy potoczyły się tak szybko, że nawet nie pomyślałam o tym, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o zwyczajach panujących w kraju, do którego jechałam, jak się okazało na stałe. I naprawdę nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że pierwszym szokiem był tu dla mnie sposób, w jaki całe życie dopasowane jest do pór posiłków. Dziś kuchnia włoska jest w modzie, zresztą w ogóle kuchnia jest w modzie, mamy masę programów w TV, które przybliżają nam kuchnie świata, natomiast w odległym 2001 roku, może wstyd napisać, ale przynajmniej ja myślałam, że wszędzie jada się 1 gorący posiłek dziennie, o takiej porze, o jakiej komu wygodnie. W moim rodzinnym domu obiady bywały czasem o 17-tej, a czasem stawały się kolacją i nikomu nigdy to nie przeszkadzało. We Włoszech zaś już około 11,30 wszystkie kobiety wpadają w lekką panikę: przecież już pora przygotować PRANZO, (czyli obiad jadany między 12,00-14,00)! To jest naprawdę świętość, a kanapka (panino) o tej porze jest uznawana za bardzo słaby zamiennik. Fabryki, urzędy i sklepy mają w tych godzinach pausa pranzo, a szkoły podstawowe zorganizowane są na 2 sposoby: dzieci mogą chodzić do szkoły od poniedziałku do piątku od 8,00-16,00 i wówczas jedzą pranzo o 12,30 w szkolnej stołówce lub od poniedziałku do soboty od 8,00-12,30 i wtedy wracają na pranzo do domu. Nie ma możliwości wysłania dziecka do szkoły w pierwszym systemie z kanapką, bo zachodzi niebezpieczeństwo, że umarłoby z głodu, bo przecież jak można przeżyć bez PRANZA do 16,00???

Ale to jeszcze nic. Jak pewnie wiecie rytm włoskich posiłków jest mniej więcej taki: rano śniadanie – la colazione: cappuccino/espresso + rogalik/herbatniki, drugie śniadanie (merenda lub spuntino) – owoc/mała kanapka etc, obiad – pranzo składa się zazwyczaj z 2 dań (pierwsze – makaron, drugie mięso/ryba + przystawka, zazwyczaj sałata), potem podwieczorek (merenda lub spuntino) – herbatniki/kanapka/owoce, pełna dowolność) i na koniec kolacja – CENA (czyt. czena), czyli właściwie pranzo bis o godzinie 20,00-21,00! Dodam, że zanim wpadłam na genialny pomysł zredukowania PRANZA do pierwszego dania, a CENY tylko do drugiego dania przytyłam 5 kg.

Ad 3). Trzeci punkt jest konsekwencją drugiego; ten posiłkowy terror zrodził we mnie bunt. Czasami, kiedy mojego męża nie ma w domu sprowadzam dzieci na złą drogę i szykuję na kolację kanapki. Co gorsza, nie nakrywam do stołu, tak! Żadnej serwety, serwetek, co gorsza, pozwalam czasem jeść na kanapie przed TV z talerzem pod brodą…, ale nie mówcie nikomu!

4). Jednak jakoś musiałam sobie poradzić z głównymi punktami dnia: PRANZEM i CENĄ. Kopalnią wiedzy o włoskiej kuchni już od początku okazali się moi teściowie. Gotują tak dobrze, że do tej pory nigdy nie odważyłam się zaprosić ich na obiad, ponieważ jestem pewna, że nie dorównam smakom, które potrafią stworzyć, powiem więcej, jak dotąd w żadnej restauracji nie jadłam nic lepszego niż u nich w domu. A ponieważ uwielbiają, jak wszyscy Włosi opowiadać o kuchni, naprawdę sporo się od nich nauczyłam. Z domu wyniosłam mało „polskie” podejście do jedzenia, sprawą priorytetową było dla mnie, żeby to, co jem było zdrowe i „chude”, smak był na drugim miejscu (moje kanapki z serem były obowiązkowo z pełnego pieczywa). Otóż w Italii nauczyłam się, że z niektórymi potrawami po prostu tak się nie da! Weźmy na przykład ryby i większość owoców morza, jeśli nie „podleje” się ich należytą ilością białego wina i oliwy, no to katastrofa. Ale i kilku potraw warzywnych dotyczy ten problem: np. tzw. „teglia”, czyli zapiekane warzywa: przekrojone na połówki pomidory, cukinie i bakłażany przyprawione bułką tartą wymieszaną z pokrojonym drobniutko czosnkiem i natką pietruszki, – jeśli nie doda się odpowiedniej ilości oliwy i wina, to po prostu „nie to”.  Jednym słowem oliwa i białe wino są w kuchni włoskiej jak sól i pieprz. I to właśnie dzięki nim i trzeciemu magicznemu składnikowi – parmezanowi (najlepiej parmiggiano reggiano) można przygotować potrawy nie tylko smaczne, ale i sporządzić je w miarę szybko. Weźmy na przykład zupy: mój mąż jest wegetarianinem, wiec odpada zupa na mięsie, ale kiedy za radą mojej teściowej zasmażę cebulę, czosnek i seler naciowy, po czym zaleję to białym winem, potem dodam resztę warzyw (nawet mrożonkę, tak, Włosi tez ich używają), a przed podaniem doprawię wszystko szczyptą parmezanu efekt jest wyśmienity! Jak pisałam, podobnie sprawa ma się z niezliczoną ilością potraw z ryb i owoców morza. O pizzy i spaghetti wszyscy wiedzą już wszystko, a ponieważ mieszkam w nadmorskiej miejscowości rozwinę właśnie wątek rybny…Weźmy  słynną potrawę seppie con piselli czyli mątwy z groszkiem, czasem w wersji sosu do makaronu, czasem jako osobne danie. Najpierw cebula i czosnek, sporo oliwy, potem mątwy i groszek, wino, przecier pomidorowy, 20 minut i pranzo gotowe.

seppie con piselli.jpg
seppia con i piselli (zdjecie z prontointavola.tgcom24)

Znaną sprawą jest, że większości ryb nie przyprawiamy parmezanem, podobnie jak  potraw z truflami (popełniłam kiedyś faux pas prosząc kelnera o parmezan do tortellini al tartufo, gdybyście widzieli jego minę!!!) jest jednak jeden wyjątek: canocchie lub cicala di mare con parmiggiano, czyli skorupiak o wdzięcznej nazwie cykada morska z parmezanem. Sama nigdy ich jeszcze nie robiłam, a to dlatego, że sposób ich przyrządzania jest dość okrutny: kupuje się je jeszcze żywe, przynosi się taką ruszającą się siatkę do domu, aby wrzucić je do wrzątku tylko na chwilę i sprawa załatwiona. Odcedzone i ostudzone posypuje się tartym parmezanem i skrapia obficie oliwą i … voilà, przepyszne!

panochhie
Canocchie/panocchie

Ad 5). Żeby ułatwić sobie sprawę, możemy wybierać z niezliczonej oferty mrożonych ryb w supermarketach, ale tak na poważnie, to prawdziwa włoska gospodyni kupuje świeże ryby o 7,00 rano od miejscowych rybaków na plaży. Resztę poranka spędza na ich oczyszczaniu, potem gotowaniu, aby punktualnie na 12,30 serwować je na pranzo. Za sprawą wyjątkowo długiej linii brzegowej Włoch ryby i owoce morza są we włoskiej kuchni naprawdę na porządku dziennym i nie jest to żaden luksus. W miejscowościach takich jak Porto Recanati, w którym mieszkam, gdzie prawie każda rodzina do niedawna utrzymywała się z takiego lub innego rybołóstwa mule (czyli cozze) są traktowane jak na polskiej wsi jajka. Mój teść opowiadał mi, że nie raz podczas kilkudniowych połowów jedli na śniadanie np. ostrygi, bo akurat były pod ręką (a rogalika nie było).

cozze
Cozze

Tutaj przychodzi mi na myśl znana rybna potrawa o nazwie Brodetto: jej geneza jest podobna do genezy pizzy. BRODETTO było „biedną” zupą przyrządzaną z kilku, czasem kilkunastu rodzajów ryb i skorupiaków (nigdy nie mniej niż 9), na początku prawdopodobnie z tego, czego nie udało się rybakom sprzedać…teraz jest to znany przysmak serwowany w dobrych restauracjach, co więcej lokale z dumą noszą imię tej potrawy w swojej nazwie, np. Il diavolo del brodetto, lub Mago del brodetto.

Risultati immagini per brodetto porto recanati
Brodetto

Może przyjedziecie do Porto Recanati spróbować brodetta?  A tymczasem idę gotować pranzo, Buon Appetito!

 


11 thoughts on “Buon appetito!

  1. Uwielbiam włoską kuchnię ale staram się niestety ograniczać kalorie 🙂 a te ich pyszne makarony…… ech, można przytyć. Bardzo ciekawy wpis, nie znałam kuchni włoskiej od tej strony

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s